Dwa miesiące temu obejrzałam w domu Zimną Wojnę Pawła Pawlikowskiego jako jeden z sześciu filmów fabularnych tego roku. Ostatnimi czasy bardzo ograniczyłam konsumpcję wszelkich mediów, także selekcja jest ścisła, a że tyle osób zachwalało właśnie ten film, a ja uwielbiam Idę, kupiłam DVD.
Już w trakcie oglądania powtarzałam, że ten film jest słaby, a po jego zakończeniu czułam spory niedosyt. A jednak na standardowe, ulubione pytanie MotownLovera o czym jest ten film, popłynęłam w swojej przepastnej odpowiedzi. Jeśli dzieło wywołuje kaskadę emocji i potok słów w wirze skojarzeń, to czy naprawdę jest tak źle? A więc słaby, czy nie?
Zacznijmy od tego – to nie jest film o miłości.
Według mnie, Zimna Wojna jest filmem o chorobie duszy, która toczy naszą zachodnią cywilizację po dziś dzień. To także film o dramacie niewykorzystania swojego potencjału, o zboczeniu z drogi na rzecz uzależnienia, o samotności w świecie i o odcięciu. Czyli o tym, jak owa choroba duszy się objawia, a także – co ją wywołało.
Zimna Wojna to film o naszych przeciętych korzeniach, które stanowią podwaliny paradygmatu, w którym żyjemy teraz, w demokratycznej Polsce. Potrzeba zrozumienia tego paradygmatu była powodem, dla którego kupiłam tę płytę. Ostatnio bowiem dużo rozmyślam à propos przekonań, trybów działania, motywacji, w końcu – wibracji i energii poszczególnych osób oraz grup przez nie tworzonych. Taką grupą – na wielką skalę – jest także naród jako wywierająca na siebie ciągłą presję wspólnota języka, światopoglądu, przekonań, norm czy też prawa, które na nich bazuje. Jednym słowem – obejrzałam Zimną Wojnę, bo chcę zrozumieć, kim jesteśmy jako zbiorowy byt i dlaczego tak właśnie jest?
Pozwólcie, że zacznę od bohaterów Zuli i Wiktora oraz relacji, jaką tworzą. On – utalentowany pianista, kompozytor i dyrygent, który wchodzi w skład niewielkiej komisji rekrutującej młodzież chłopską do formującego się zespołu pieśni i tańca. Ona – młoda dziewczyna ze wsi, która przyjechała na przesłuchanie do zespołu i jest zdana na Jego decyzję. Pozornie hierarchia jest tutaj jasna – to ów kulturalny muzyk przyjmuje do zespołu nieopierzoną, nieco wulgarną dziewczynę ze wsi, która na tle innych kandydatek nie wyróżnia się szczególnym darem muzycznym. To co Ją wyróżnia, to tak zwany tupet i determinacja. Są one zarówno Jej mocną, jak i słabą stroną. Jak dowiadujemy się z ust samej Zuli czuje się Ona bowiem gorsza.
To w tym poczuciu niższości i pogardzie wobec siebie Zula skazana jest na niemiłość, na ślizganie się po powierzchni relacji. Kiedy ta staje się zbyt głęboka, kobieta ucieka i sabotuje możliwość wyjścia z wykreowanej przez siebie rzeczywistości “bycia gorszą”. Wiktor z kolei zdaje się na łaskę Jej kaprysów i chwiejnych nastrojów. To zaskakuje, bo przecież jest przystojnym, kulturalnym i jakże utalentowanym, wrażliwym mężczyzną. Wydawałoby się, że są to podstawy dla zdrowego poczucia wartości, które powstrzymałoby Go od poddania się manipulacjom. A jednak za każdym razem daje się On zwieść zabiegom Zuli, mimo że los daje mu co najmniej kilka możliwości zejścia z tej drogi. Pierwsza za nich to zarazem ich pierwsze spotkanie, kiedy to koleżanka z zespołu (grana przez Agatę Kuleszę) odrzuca Zulę wybierając bardziej utalentowaną młodą kobietę, której to – notabene – Zula kradnie niejako piosenkę i show, tym samym pokazując już w pierwszych scenach ważny rys swojej osobowości. Niewątpliwie wielki szacunek należy się tu Joannie Kulig, która w krótkich przecież scenach potrafiła oddać niby to przebiegłość bohaterki, za którą jednak kryje się o wiele więcej. Wiktor daje się złowić na dość tani zabieg ponętnej dziewczyny. Kości zostały rzucone. Do odejścia nie skłoni Go ani przyznanie się Zuli do donoszenia na ukochanego, ani opuszczenie Go podczas planowanej ucieczki na Zachód, ani nawet porwanie przez służby komunistyczne. Ta relacja to równia pochyła, która tylko pozornie prowadzi przez szczyty. Paryskie bary jazzowe, współpraca z osobistościami kultury francuskiej, wydanie płyty w Paryżu – to wszystko jest tylko sztafażem do rozgrywającej się tragedii, która zmierza ku nieuchronnemu. Ot, dwie połówki, które bez siebie są niepełne, a wspólnie tworzą zgniłą całość.
Tak jak Zula ślizga się po powierzchni relacji, tak scenariusz pozostaje na płaszczyźnie dość przewidywalnych losów i płaskich sylwetek bohaterki i bohatera. Podczas gdy postać kobieca zdaje się być bardziej dopracowana i zróżnicowana psychologicznie, postać męska jest w tym związku – a wyraz ten należy rozumieć jak najbardziej dosłownie, czyli jako związanie – mało wyrazista i dość sztampowa w swoim ślepym dążeniu do zatracenia w wirze adrenaliny, dopaminy i serotoniny, jaką wytwarza ten duet podczas swoich burzliwych spotkań.
To zachowanie autodestrukcyjne, nad którym można pracować w toku terapii. Zachowania autodestrukcyjne, tak jak choroby autoimmunologiczne, biorą się z niemiłości własnej. U ich korzeni leży świadome bądź nieświadome przekonanie, że nie jesteśmy warci dobra, piękna, miłości, dobrostanu. To przekonanie jest przejawem oddalenia się od miłości i dlatego uważam bezmyślne powtarzanie, że Zimna Wojna jest o miłości, za wielce szkodliwe.
Bardzo proszę, rozróżnijmy pojęcia. Miedzy bohaterką a bohaterem płonie gorące pożądanie, ale też coś, co psychoterapeutka zapewne nazwałaby współuzależnieniem. Michael Anthony Corey w „Dlaczego mężczyźni zdradzają” tak oto opisuje zdrową relację dorosłych ludzi: Jedynym zdrowym związkiem jest taki, w którym każde z partnerów jest na tyle niezależne emocjonalnie, by móc związek ten opuścić i żyć bez swojego partnera. Dla określenia idealnego układu (John, przypis: ZW) Bradshaw używa wspaniałej analogii do dwojga muzykujących razem osób. Choć każda z nich gra na własnym instrumencie i wykorzystuje swoje własne unikalne umiejętności, obie z własnej woli grają tę samą melodię. Każda jest pełną i niezależną osobowością, która wybrała związek z tą drugą ze względu na wzajemne pożądanie i zgodność usposobień, a nie z konieczności.
Co za ironiczna analogia w wypadku tejże pary muzyków, gdzie, notabene, nie trzeba, a być może nawet nie można jeszcze mówić o miłości. Miłość bowiem jest trybem działania i funkcjonowania w świecie. To stan, który otrzymujemy w darze rodząc się, a który przejawia się w naszym stosunku do ludzi, zwierząt, roślin, czy też pięknych dźwięków i inspirujących obrazów, ale jest to stan, który stopniowo zatracamy w toku uspołeczenienia i przemocy, jakiej jesteśmy poddawani. Akurat Polska z jej autorytarnym modelem rodziny, w którym wiele osób uważa manipulację i bicie dzieci za słuszne metody wychowawcze, jest dobrym przykładem środowiska, w którym brak jest poczucia, że to właśnie miłość jest podstawowym stanem bycia w świecie. W takich warunkach ekspediuje się tak zwaną miłość gdzieś hen, na piedestały, które zwykłym zjadaczom chleba wydają się mało dostępne. Zamyka się ją w szkatułkach filmów, poezji, ewentualnie piosenek z gatunku pop. Iluzja ta jest podtrzymywana przez socjalizację według doktryny Kościoła katolickiego, w której aż po grób wolno kochać tylko jedną dorosłą osobę. Kochaj bliźniego swego jak siebie samego, to u nas pusty slogan. No bo – po pierwsze – mało kto pała miłością do poseł Pawłowicz, a – po drugie – jak to siebie samego? Słucham?! Przecież to byłby egoizm. My umieramy dla innych. Tu prawie nikt nie kocha siebie samego.
W efekcie, w tęsknocie za rajem utraconym we wczesnym dzieciństwie, w ułudzie uniesień do widma na piedestale, powstaje chorobliwe współuzależnienie, które – według psychologa Lee Jampolsky’ego i wielu innych zacnych znawców tematu – biochemicznie nie różni się szczególnie od nałogu alkoholowego, uzależnienia od narkotyków czy też cukru. Są grupy terapeutyczne, w których ludzie uczą się żyć bez uzależnienia od autodestrukcyjnych zachowań erotycznych. W kontekście Zimnej Wojny są one jednak nazywane miłością. W recenzjach filmu przewija się ta sama litania. Chyba już nikt nie pamięta, kiedy miłość przestała być łaskawa, a stała się boleścią, cierpieniem, skazaniem na wieczne potępienie bądź Freitod. Co Młody Werter falą samobójstw rozpoczął, tego kultura popularna niech nie rozrywa.
Zimna Wojna nie może być filmem o miłości, gdyż traktuje o zadaniu sobie najwyższej formy przemocy – samobójstwa. Jest to film o głębokiej chorobie, która prowadzi do (auto)przemocy, upadku i śmierci. A więc kochankowie tak bardzo się kochali, że nie wytrzymali ze sobą i musieli się zabić? Kto chciałby dla siebie takiej miłości? Ja na pewno nie.
Dlaczego nie mówimy o pożądaniu, o erotyzmie, o swobodnie płynącej energii seksualnej mężczyzny i kobiety – zabarwionymi samotnością i współuzależnieniem na tle koszmaru wojny? Te elementy są w filmie jak najbardziej obecne. Czy to jednak dwulicowa, pruderyjna socjalizacja, w jakiej bierzemy udział, nie pozwala nam nazwać rzeczy po imieniu, a każe zamiast tego prawić o miłości? Co to mówi o nas jako bycie zbiorowym, który jako kulturoznawczyni tak bardzo chcę zrozumieć?
Odpowiedź znajdziemy w fabule filmu, a jakże.
Moje wrażenie spłaszczenia głównych postaci fabuły przywodzi mi na myśl metaforę wydmuszki. Wydmuszką jest relacja Zuli i Wiktora, których poza seksem niewiele łączy – przecież nawet tworzona przez nich muzyka zdaje się nudzić Zulę. Nie chce Ona także życia, do jakiego w Paryżu aspiruje Wiktor, i daje temu wyraz sabotując co i rusz Jego starania. Wydmuszką jest także twórczość, którą reprezentuje zespół Mazurek, wokół którego usnuta jest fabuła filmu. Podoba mi się, jak w filmie pokazano proces, w którym z pełnokrwistej, społecznie krytycznej, emocjonalnej twórczości etnicznie zróżnicowanej ludności powojennej Polski krok po kroku eliminowane są jej najcenniejsze walory po to, aby mógł powstać jakiś wspólny mianownik tej sztucznie, odgórnie formowanej wspólnoty narodowej. Pawlikowski pięknie ukazuje kontrast pomiędzy muzyką ludową w jej naturalnym środowisku – w błocie, izbach, we wspólnocie wiejskiej – a jej kalką na scenie, gdzie czyste jak kryształ głosy kobiet są tak bardzo wyekstrahowane z naturalnej otoczki, w której powstawały, że przywodzą mi na myśl inny nasz wielki wspólny mianownik narodowy, jakim jest destylat z ziemniaków. Ta socjalistyczna wersja kultury ludowej na usługach Partii jest przechowywana w laboratoryjnych warunkach i obwożona niczym mózg Lenina w formalinie. To przymusowy pakt z diabłem, w którym wydestylowanie duszy ostatecznie pozbawia klasę chłopską jej tożsamości i patroszy ją pozostawiając tak gargantuiczną pustkę, że żadne morze destylatu z ziemniaków nie jest w stanie jej zapełnić.
To rana duszy, do której nam najbliżej historycznie, i która domaga się oczyszczenia. Dramat jest wielowarstwowy, jako że odcięcie od ziemi, korzeni i prawdziwej tradycji przypieczętowaliśmy naszym współczesnym odcięciem się od korzeni wiejskich, które z racji historii ma znakomita większość z nas. Ale czy ktoś z Was tutaj zebranych nazwałby się Zdrowym Wieśniakiem?
Nie zgadzam się więc ze stwierdzeniem mojej szanownej Siostry, jakoby Zimna Wojna była odzwierciedleniem słowiańskiej duszy. Film Pawła Pawlikowskiego jest dla mnie raczej skowytem słowiańskiej duszy, której daleko do źródeł, która tęskni – być może nawet nie wiedząc już do czego – i wije się z bólu.
Uważam, że jest to film godny uwagi. Nie podzielam jednak entuzjazmu odnośnie gry aktorskiej, reżyserii czy też montażu. Uważam, że daleko mu do mistrzowskiej, perfekcyjnej w każdym calu Idy. Niemniej jednak cieszę się, że dzieło powstało, że poszło w świat i jest doceniane oraz dało mi asumpt do jakże długiego wpisu na Wieśniaku.
Bądźcie zdrowe/zdrowi, jak i Wieśniak jest.
A kto chce poczytać więcej o (współ)uzależnieniach, przemocy zwanej miłością i o skowycie duszy w ogóle, tej/temu polecam chociażby te pozycje:
Lee Jampolsky, “Leczenie uzależnionej osobowości”
Eva Illouz, “Dlaczego miłość rani”
Michael Anthony Corey, “Dlaczego mężczyźni zdradzają”
Robin Norwood, “Kobiety które kochają za bardzo”
oraz niezawodny John Bradshaw i Jego “Zrozumieć rodzinę”
Ale jest ich o wiele, wiele więcej.
Dodaj komentarz